between God, the Devil and Dara Singh
czwartek, 15 października 2009
Degrengolada

Amitji, ale wstyd, a tak Cię podziwiałam!!

.

środa, 26 sierpnia 2009
Love Aaj Kal (2009)

love aur pyaar

Tu, gdzie teraz jestem, w tiwi mają dużo kanałów z indyjską muzą. Jestem, kim jestem, więc namiętnie je oglądam. A skoro namiętnie je oglądam, to i padłam ofiarą natarczywej promocji pewnego filmu. Przez 3 tygodnie bombardowano mnie zwiastunami, promosem (boskiego) "Aahun Aahun", (bosko przystojnym) Saifem-sikhem, a ostatnio, po premierze, jakże zachęcającymi recenzjami. Pif paf! Trafiony zatopiony. Uległam, do kina poszłam. Prawda li to, co recenzenci piszą - Love Aaj Kal przyjemnuchnym filmem jest!

meera aur jai

Kogo dzisiaj stać na miłość. Łóżko i nic więcej. (Wiesław Myśliwski)

I świeżym też, jak to niemal we wszystkich recenzjach podkreślają. Na czym ta świeżość Love Aaj Kal polega? Wszak to, jak możnaby ze zwiastunów i teledysków wywnioskować,  kolejne rozśpiewane love story made in Bollywood, z pięknymi paniuniuniami, przystojnymi herosami i miłosnymi uniesieniami we wszystkich kolorach tęczy. Tak, rzeczywiście tak jest. Nie ma co spodziewać się po Love Aaj Kal jakiś wielkich rewolucyj. Ale jednak, jeśli już trochę filmów indyjskich się widziało, w trakcie seansu Miłości dziś, miłości wczoraj można poczuć delikatny, acz bardzo przyjemny powiew świeżosci. Fabuła i sposób narracji – oto winowajcy! Gdzie w innych znanych mi bollywoodzkich love stories historia się kończy, tudzież nabiera rozpędu, tu dopiero się zaczyna. Po ok. 20-30 minutach (które, tak na marginesie, są ździebko dziwne) jesteśmy w punkcie, w którym wiele indyjskich filmów o miłości dobiega końca. Więc co dzieje się dalej? Ano dzieje się sporo (choć parę dlużyzn odczułam), ale w szczegóły wgłębiać się nie będę – wystarczy, że wspomnę, że pojawiają się nowi bohaterowie, rodzą się nowe związki, a w kilku głowach/sercach to i owo się zmienia. Jest dość przewrotnie, im bliżej końca, tym bardziej, i właśnie ta przewrotność sprawia, że Love Aaj Kal taki inny, świeży, a nawet oryginalny zdaje się być. I w sumie jest.

harleen aur veer

Nieśmiałość to wdzięk i zapach miłości. Między innymi można ją po tym rozpoznać. (Anna Kamieńska)

Jak sam tytuł sugeruje, film ukazuje, jak kochało się kiedyś i jak kocha się dziś. Mamy więc dwie historie miłosne, które dość zgrabnie się przeplatają (tako przynajmniej uważam ja, bo w paru miejscach ze zdziwieniem przeczytałam, że ludziom się mieszało/nakładało/whatever). I choć kontrast między nimi jest wielki, znajduje się też wiele zbieżności. Wszak miłość to miłość i choć dziś, miast głosu serca, słucha się głosu rozsądku, a pewne rzeczy, miast po ślubie, robi się po pierwszej randce (obydwa spostrzeżenia autorstwa Rishiego Kapoora^^), to jednak emocje pozostają takie same. Obnoszona przed całym światem, nieskrępowana miłość wyrachowanych NRI tak naprawdę niewiele się rożni od tłamszonego przez obyczajowość, skrywanego przed wszystkimi uczucia nieśmiałego sikha i skromnej, ułożonej dziewczyny z dobrego domu. Czy zwał to love, czy zwał to pyaar, jeden pies. Choć przyznaję szczerze, że do gustu, i do serca zdecydowanie bardziej przypadła mi historia "wczorajsza" i bardzo ubolewam nad tym, że w filmie została przytłoczona przez tę współczesną (buuuuu). Niemniej nawet w tych skromnych ilościach migawki sprzed 40 lat robiły wrażenie i dla mnie stanowiły o uroku całego filmu.

jai aur meera

Pytają czy trzeba kochać. Oto nie należy pytać, to trzeba czuć. (Blaise Pascal)

No dobrze, to teraz kilka słów o aktorstwie, bo i ono jest mocną stroną Love Aaj Kal. Rządzą panowie. Po pierwsze - Saif. Facet autentycznie bryluje w tym filmie. I jako współczesny "dziki ogier", i jako niegdysiejszy skromny sikh spisuje się na medal, ładnie kontrastując ze sobą obie postaci. A w monologach jest zwyczajnie kapitalny! Po drugie - Rishi Kapoor. Jest tutaj p r z e u r o c z y^^, nosi sweter i zapodaje pyszne teksty, na czele z rozbrajającym stwierdzeniem, które wygłasza Saifowi: "w młodości byłem tak przystojny jak ty" ;]. A na koniec, w związku z nim, pojawia się jeszcze przemiła niespodzianka, ale oczywiście nie psuję przyjemności i nie zdradzam. Deepika, która nie przypadła mi do gustu w Om Shanti Om, tutaj zrobiła na mnie spore wrażenie i trzymam kciuki za jej aktorski rozwój. Poza tym wyglądała przeprześlicznie i ogromną przyjemnością było oglądanie jej na wielkim ekranie. I garderobę miała godną pozazdroszczenia (wreszcie jakiś sensowny bolly-stylista!). Debiutantka, brazylijska modelka Giselle Monteiro wiele do zagrania nie miała – w zasadzie przez cały czas chodziła ze spuszczoną głową i nieśmiałą minką, ale wychodziło jej to tak uroczo, ze złego słowa napisać nie śmiem. Poza tym urodowo bardzo pasuje do Saifa – ona taka eteryczna, krucha, filigranowa, a on – męski, postawny, dobrze zbudowany. Stworzyli cudowny duet. Wiem, powtarzam się, ale ogromnie podobała mi się ich historia.

pyaar

Miłość kpi sobie z rozsądku. I w tym jej urok i piękno. (Andrzej Sapkowski)

And last but not least – muzyka! Jak już wspominałam, byłam nią bombardowana przez parę tygodni, więc niby zdążyłam się osłuchać, ale podczas seansu i tak przeżyłam bardzo pozytywne zaskoczenie. Dynamiczny, pogodny, odprężający, łatwo wpadający w ucho – jak dla mnie jeden z przyjemniejszych bolly-OSTów ostatnich lat! Podoba mi się każda z piosenek, choć ze wskazaniem faworyta problemów nie mam – bez dwóch zdań jest nim energetyczne "Aahun Aahun" (znane tu i ówdzie jako pieśń o Łachu). Porywająca rzecz! A Saif wcale źle nie tańczy, O!

harleen

cudności! (tao paipai)

Bez wahania polecam wszystkim miłosnikom kina indyjskiego, zwłaszcza tym spragnionym czegoś nowego we współczesnych bolly-produkcjach o miłości. Choć przestrzegam również przed nastawianiem się na niewiadomoco, bo Love Aaj Kal, jak już wspominałam, huraganową rewolucją nie jest, co najwyżej lekką bryzą. Ale, jak to w naturze bryz leży, jest bardzo orzeźwiający i to słowo chyba najlepiej określa nowy film Imtiaza Alego. Wyczekujcie więc cierpliwie Love Aaj Kal w Polsce (jestem niemal pewna, ze ten film trafi nad Wisłę), ja tymczasem z niecierpliwoscią oczekuję sposobności obejrzenia wcześniejszego filmu pana Alego, Jab We Met. Podobno lepsze od LAK. A dla mnie to najdobitniejsza rekomendacja!  

veer

też! (też)  

A na koniec końców kilka ciekawostek nawiązaniowych:

* Imiona bohaterów granych przez Sefa to Veer i Jai. Tak tak, Sholay jest wszędzie!

* Historia "wczorajsza" momentami bardzo przypomina historię z Veer-Zaara, tyle że jest bardziej, hmm, przyziemna? Znaczy wciąż wspaniała, wzniosła, kipiąca Wielkimi Emocjami,  ale nie tak potwornie patetyczna, jak w filmie pana Chopry. Taka "realna" jest.  

* Cały film natomiast skojarzył mi się z Trzema miłościami Hou Hsiao-Hsiena. Podobny zamysł, tyle że ilość historii i estetyka trochę inna.

* A to już nie nawiązaniowe, ale kulturowe i strasznie fajnie. Bardzo spodobało mi się spostrzeżenie Sefowego Jaia odnośnie Wielkich Historii Miłosnych. Otóż, w historiach europejskich w pierwszej kolejności podaje się zawsze imię męskie, np. Romeo i Julia, Tristan i Izolda, Abelard i Heloiza itp. A w indyjskich na odwrót: Laila i Majnu, Shirin i Farhad, Heer i Ranjha itp. No bo przecież Europa taka feministyczna, a Indie szowinistyczne :>.

środa, 24 czerwca 2009
Ja śmieję się, śmieję się!

Dawno nie wstukiwałam w wyszukiwarce Yt frazy "władca pierścieni".

To był błąd!

niedziela, 21 czerwca 2009
Przygody Münchhausena | Baron Prášil (1961)

Kto w filmach ponad wszystko ceni wizję, a nie widział jeszcze Przygód Münchhausena, powinien czem prędzej nadrobić zaległości. Czeska ekranizacja przygód dzielnego barona jest bowiem jednym z najbardziej oszałamiających obrazów filmowych, jakie stworzyła ludzka ręka! (a przynajmniej, jakie widziało moje oko)

baron prasil

Być może trudno uwierzyć w to, co piszę, jeśli spojrzy się na rok powstania filmu. Wszak w  latach 60. ubiegłego wieku technika była nędzna i o efektach, jakie dzisiaj można osiągnąć za pomocą komputerów, ówcześni filmowcy mogli sobie tylko pomarzyć. Ale technika to przecież nie wszystko (no ba). Prawdziwy artysta za pomocą prostych środków zdziała więcej, niż sztab wprawnych informatyków przy najbardziej wypasionych komputerach. A Karel Zeman był prawdziwym artystą. W Przygodach Münchhausena dokonał szalonej fuzji, po mistrzowsku łącząc animację, sztuczne plenery i żywy plan. Dzięki tym zabiegom udało mu się zobrazować najbardziej fantastyczne wątki z opowieści o słynnym niemieckim baronie - przeniósł bohatera na księżyc, w najskrytsze zakamarki pałacu sułtana tureckiego, a nawet do trzewi wieloryba. Lecz przede wszystkim stworzył absolutnie zachwycający obrazek. Małe wielkie dzieło sztuki, które najchętniej poszatkowałabym na kadry i każdy z nich oprawiła w ramki! (czego realizacji jestem zresztą bliska, bo robiąc zrzuty do wpisu, zeskrinowałam solidny kawał filmu :>)

Przygody Münchhausena to jednak nie tylko przepyszna, wysmakowana wizja. To także urokliwa, łotrzykowsko-fantastyczna opowieść o niezwykłym bohaterze. Kim jest tytułowy baron? To postać autentyczna. Karl Friedrich Hieronymus Münchhausen żył w XVIII wieku w Niemczech, był żołnierzem i podróżnikiem. Wokół jego osoby i przygód narosło wiele barwnych, często fantastycznych legend, które zostały spisane w Niezwykłych przygodach Barona Münchhausena przez Rudolfa Ericha Raspe’a. Filmowcy nader często i chętne eksploatowali losy barona-awanturnika (np. ojciec efektów specjalnych, Georges Meliès czy naczelny animator Monty Pythona, Terry Gilliam /których, notabene, łączy z Karelem Zemanem podobieństwo stylu i stosowanych technik :)/). Zeman w swoim dziele przedstawił wybrane, prawdopodobnie te najbardziej fantastyczne przygody bohatera, ale pod rozrywkową warstwą przemycił również trochę poważniejszych treści. Ot, choćby silne antywojenne przesłanie - przedstawione bez nadęcia, w cudownie prześmiewczy, groteskowy wręcz sposób. Zresztą cały film jest taki – kpiarski i sarkastyczny, a duża zasługa w tym brawurowego odtwórcy głównej roli - Miloša Kopecky'ego (u nas znany głównie z występu w kultowym Szpitalu na peryferiach :>). Jego Münchhausen to heros w krzywym zwierciadle -  mądrzy się i chojrakuje, lecz noga zawsze powinie mu się w najmniej oczekiwanym momencie. Zabawna to postać, a ile sympatii wzbudza!

Jeśli ktoś poczuł się zachęcony do seansu, to mam dobre wieści. Przygody Münchhausena są dostępne w Polsce na dvd, za bardzo przyzwoitą cenę. Ukazały się w serii "Złote lata kina czeskiego", a wraz z nimi inny film Zemana - Dwaj muszkieterowie. Choć wydanie nie poraża jakością (napisy polskie są, mimo to nie da się wyłączyć lektora u.u), to jednak warto w nie zainwestować. Tam zresztą warto - trzeba! (kto na słowo mi nie wierzy, ten na obrazek zaraz się przekona!)

*dziś, dla oszczędności objętości, podpisy pod obrazkami* 

Baron Munchhausen WspaniałyOnże - samotny jeździecuczta na księżycurakieta Verne'astatek kosmicznykonie mechaniczneZiemia!Turcjaturecki dzionekpałacsułtana pałacsułtana kolumnysułtana rozrywkipałac nocąnocni wędrowcymiłości czarzakochanizakochaniwojenna zadymawojnawojna!po wojniepo wojnie...wino polali!krew polejąwojna...a pranie i tak trza zrobićbarona przesłynny lot na kuli armatniejbarona lornetkakolejna zadymazadymai po zadymienocą na morzu...pajęczyskow gościach u wielkorybapodróżedo Egiptuprzez Morze Czarnecisza przed burząi po burzyparasolkiwielki ptakkolejna podróż baronai kolejna sekrety morzapomocna piłaszczękitrochę akcjii adrenalinyi po akcjitrochę romansuwizjonerstwai pięknych kobietją np. baron miała ją - piękną księżniczkę - mieć chciałraz jeszcze księżyca na koniec...trochę floryi trochę fauny

wtorek, 05 maja 2009
Za garść dolarów (1964)

Western nigdy nie należał do moich ulubionych gatunków filmowych. Nudziły mnie powtarzalne historie zmagań kowbojów z Indianami, irytowali mnie schematyczni bohaterowie, przygnębiająco wpływały na mnie surowe, duszne, monotonne krajobrazy interioru Ameryki, stanowiące tło dla większości takich historii. Ale nadszedł w końcu moment, kiedy to, na fali rozentuzjazmowania pewnym indyjskim dziełem o dwójce poczciwych łotrzyków ;), postanowiłam dać nieszczęsnym amerykańskim westernom jeszcze jedną szansę. Los chciał, że akurat wtedy telewizja publiczna seryjnie emitowała takowe. Po paru niespecjalnie udanych tytułach, trafiłam na Mściciela z Clintem Eastwoodem w roli głównej... To było TO! Zachwycił mnie Clint, zauroczył mnie typ bohatera, jakiego kreował, a sam film po prostu zrobił ze mnie miazgę. Ale bynajmniej nie oznaczało to cudownego nawrócenia i zapałania miłością do "typowych" westernów. Bo Mściciel nie jest "typowym" przedstawicielem tego gatunku. Jest to film mocno inspirowany włoskimi odpowiednikami westernów, popularnie zwanymi spaghetti westernami. Kwestią czasu było dla mnie sięgnięcie po oryginalne, sztandarowe dzieła spod znaku rewolwera i makaronu. I oto wreszcie słowo stało się ciałem - obejrzałam Za garść dolarów.  

a man with no name

Film ten jest pierwszą i podobno najsłabszą częścią tzw. "trylogii dolarowej" Sergio Leone (kolejne części to Za kilka dolarów więcej i Dobry, zły, brzydki). Trylogii, która zmieniła oblicze westernu i zapoczątkowała kilka wielkich karier. W Za garść dolarów Leone miał dopiero wypracowywać swój unikalny styl, który w pełnej krasie rozbłysnął w  kolejnych jego filmach. Prawda to czy nie, pierwsza część trylogii i tak robi przeogromne wrażenie i w pełni zasługuje na te wszystkie wielkie słowa, którymi jest określana. Żelazny klasyk, arcydzieło, kamień milowy w historii kina – według mnie żadne z tych stwierdzeń nie jest na wyrost.

Trudno natomiast zgodzić się z szelmowskimi słowami twórców z reklamy filmu, często powtarzanymi w innych okolicznościach, że Za garść dolarów to jakoby "the first film of its kind". Stwierdzenie to mija się z prawdą, bo jak coś może być pierwsze, skoro jest kopią? Za garść dolarów tak wiernie odwzorowuje Yojimbo Akiry Kurosawy, że w jego przypadku trudno mówić nawet o rimejku. Do tego jest kopią nielegalną. Twórcy, sądząc, że ich film przepadnie w gąszczu westerno-popłuczyn, produkowanych wówczas od jakiegoś czasu we Włoszech, nie pofatygowali się, by zająć się kwestią praw autorskich. Tymczasem Za garść dolarów niespodziewanie wzbudził zachwyt publiczności i jego sława szybko wyszła poza granice Italii. Po niedługim czasie Sergio Leone dostał od Kurosawy list, w którym Japończyk napisał: "to bardzo dobry film, ale jest to mój film". Ostatecznie sprawa została rozstrzygnięta w sądzie. Włosi zostali oskarżeni o plagiat i słono za to zapłacili – odtąd 15% zysków ze sprzedaży miało trafiać do Kurosawy.

Gdyby jednak zignorować kwestię rimejku i zamknąć się szczelnie w szufladce "western", to Za garść dolarów faktycznie było wówczas gatunkowym novum (nawet ja, westernowa ignorantka, różnice zauważyłam^^), i, jak się z czasem okazało, zrewolucjonizowało ten, ponoć już wtedy kostniejący gatunek. Nowy typ (anty)bohatera, wyraziste schwarzcharaktery, leniwy sposób narracji, chwytliwa muzyka, "artystyczne" zdjęcia, czarny humor – długo by wymieniać nowości, które wprowadził Leone. I długo by się nimi zachwycać. Każdy element Za garść dolarów jest perfekcyjny, doskonale współgra z innymi i zachwyca również w oderwaniu od filmu. Choćby genialna ścieżka dźwiękowa, skomponowana przez Ennio Morricone. Chyba po raz pierwszy zdarzyło mi się, że komentowałam i rozpływałam się nad muzyką ilustracyjną już od pierwszych jej dźwięków. Nie przypominam też sobie, by kiedykolwiek ścieżka dźwiękowa odciągała moją uwagę od wizji do tego stopnia, że traciłam w filmie wątek. A tak właśnie zadziałała na mnie muzyka Ennio. Naprawdę coś fantasycznego! :D Absolutnie zachwycające są również zdjęcia - to małe dzieła sztuki. Kapitalnie skomponowane, no i te ujęcia! Zwłaszcza znak firmowy Leone, czyli przesłynne zbliżenia na twarze bohaterów, ukazujące ich emocje i walkę umysłów. Najzabawniejsze jest to, że były one nie tyle efektem jakiejś artystycznej wizji  twórcy, co... sposobem na ograniczenie kosztów, by zmieścić się w  małym budżecie :D.

Fabuła filmu jest bardzo nieskomplikowana, co bynajmniej nie czyni jej nieciekawą. To praktycznie kalka scenia po scenie z Yojimbo, tyle że akcja umiejscowiona jest w innych realiach.  Do głuchej wioski, leżącej się na pograniczu Stanów i Meksyku, przybywa tajemniczy mężczyzna. A man with no name. Gdy dowiaduje się, że miasteczko terroryzują dwie wrogie sobie rodziny – Rojo i Baxterów, postanawia zabawić tam chwilę i zaprowadzić porządek. Nie dlatego, że kierują nim jakieś altruistyczne pobudki - po prostu zwęszył szansę dobrego zarobku...

W Człowieka bez imienia, legendarnego już bohatera wciela się Clint Eastwood – aktor, jak go określił Leone, o dwóch minach – tej w kapeluszu, i tej bez niego ;). Kreuje postać, która zainspirowała setki twórców na całym świecie. Milczek bez imienia i przeszłości, o wątpliwej moralności, tajemniczy, inteligentny, przebiegły, wspaniale władający bronią. Przeciwników morduje z zimną krwią, a dla garści dolarów potrafi zrobić wiele. Ale czy faktycznie to chęć zarobku najbardziej motywuje go do działania? Gdyby tak było, na pewno nie zyskałby tak wielkiej sympatii milijonów :).

Sympatię, co ciekawe, wzbudzają również czarne charaktery, zwłaszcza przeokrutni bracia Rojo. Tak barwnych i pełnokrwistych villianów widziałam jedynie w bondach i masalach z lat '70. Każdy był fantastycznie napisany, każdy czymś się wyróżniał – stary Don Miguel straszył pooraną bliznami twarzą, młody i porywczy Esteban czarował śnieżnobiałymi zębami, strojnym odzieniem i psychodelicznym chichotem(!), natomiast najmłodszy, wiecznie spocony Ramon – cóż za inteligentny i bezwzględny okrutnik! W rolę tą wcielił się włoski aktor, Gian Maria Volonte - nazwisko godne zapamiętania, które pewnie jeszcze nie raz pojawi się na moim blogu :). Zrobił na mnie naprawdę duże wrażenie – charyzmatyczny, tajemniczy, z błyskiem szaleństwa w oku. Sławę przyniosły mu role villianów w spaghetti westernach, ale jego emploi jest zdecydowanie bardziej zróżnicowane. Zagrał np. Caravaggio (jeden z moich ulubionych malarzy :)) w serialu ukazującym losy tego wspaniałego artysty. Oczywiście marzy mi się obejrzenie tego cacuszka, tyle że to stary włoski serial, więc raczej nie widzę możliwości zdobycia go :/.

Na koniec (choć nad Garścią dolarów mogłabym  rozpływać się w nieskończoność :)) chciałabym wspomnieć o jeszcze jednej rzeczy, która ogromnie mi się w filmie spodobała - były to liczne odwołania do symboliki chrześcijańskiej, nadające filmowi lekko mistyczny wymiar. Podobno to jedna z cech charakterystycznych spaghetti westernów (o czym można poczytać na tej KAPITALNEJ STRONIE, w całości poświęconej rzeczonej tematyce). Chłopiec o imieniu Jesus, kobieta o imieniu Marisol, wjazd Clinta do wioski na mule, uczta u Ramona stylizowana na ostatnią wieczerzę, Clint ze "stygmatami", jego cudowne "zmartwychwstanie"... I pewnie więcej tym podobnych rzeczy by się znalazło. Uwielbiam, gdy filmowcy posługują się w filmach symboliką religijną i mitologiczną, a kiedy jeszcze czynią to w tak efektowny sposób - jestem w siódmym niebie :).

Za garść dolarów absolutnie mnie zachwycił i ogromnie zaostrzył mój apetyt na inne spaghetti westerny, zwłaszcza te Sergio Leone. Nic a nic nie przeszkadza mi, że to bezczelny plagiat jednego z moich ulubionych filmów, ba, nawet cieszę się niezmiernie, że Włoch dopuścił się tego niecnego występku :D. Takim rimejkom/kopiom/whatever mówię zdecydowanie tak! Teraz nie pozostaje mi nic innego, jak tylko czem prędzej sięgnąć po kilka dolarów więcej^^.

kapitalne rysunkowe intro
intro
Bezimienny u "wrót" wioski
a man with no name 
w której czeka go "ciepłe powitanie"
adios amigo!
Clinta mina w kapeluszu
kapelusz
i bez kapelusza (znajdź choć jedną różnicę^^ /poza kapeluszem/)
bez kapelusza
drętwi Americanos, czyli Baxterowie
baxters
gorącokrwiści i przeokrutni Mexicanos, czyli bracia Rojo
rojo hoho!
senior Rojo - Don Miguel
don
braciszek średni - porywczy Esteban (mój zdecydowany faworyt!^^)
esteban
najokrutniejszy z przeokrutnych - Ramon (i jego straszliwa dwururka)
ramon
piękna kobieta - Marisol
marisol
piękna scena emocjonalna - autentycznie MIAŻDŻY!
serce pęka
dantejskie sceny
rzeź
ostatnia wieczerza
ostatnia
stygmatyk
stygmatyk
zwiastun genialnego zakończenia
obuwie Bezimiennego
w zasadzie jednego z najgenialniejszych filmowych zakończeń, jakie widziałam!
obuwie Ramona
skupieni, niezłomni, spoceni...
oczy Bezimiennego
czyli przesłynne zbliżenia
oczy Ramona
Al cuore, Ramon. Al cuore! (włoski dubbing rządzi!)
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 27
Zakładki:
BLOGOWISKO
blogi zagraniczne
FILMY
Indie
skośna Azja
reszta świata
SZNURKI
Bunty i Babli w Bollywood.pl tybetwatch Nakarm glodne dziecko - wejdz na strone www.Pajacyk.pl